Wbrew temu co uważa Magda, nie zawsze byłam wiotką trzcinką ( i nadal nią nie jestem). Jako młoda dziewczyna, właśnie w liceum, borykałam się z wahaniami wagi. Nie cierpiałam siebie w okresach, gdy wskakiwało mi pięć kilogramów więcej, co przy moim wzroście (159 cm) znaczy wiele. Wreszcie osiągnęłam w miarę stabilną wagę. O tym, co mi w tym pomogło jeszcze postaram się napisać. Niestety, lata mijały, siedzący tryb życia, praca za biurkiem, dojazdy samochodem – to wszystko sprawiło, że czułam się ciężko. Ciało może nie było nazbyt grube, ale mięśnie były w zaniku. Wiedziałam ze swoich rozmaitych wcześniejszych prób i doświadczeń, że zamknięcie się na siłowni jest kompletnie nie dla mnie. Jedyne ćwiczenia, które lubię to pilates, ale i tak nie potrafiłam się zmobilizować, by chodzić na nie częściej niż raz w tygodniu. Latem trochę ratował mnie rower, którego starałam się używać jako środka transportu, zimą tydzień spędzałam jeżdżąc na nartach. Ale w obliczu czterdziestki w metryce to wszystko było za mało. Jednak mamy w sobie coś takiego, że nawet jeśli nie robimy czegoś planowo i metodycznie to jakimiś pokrętnymi ścieżkami staramy się dotrzeć do celu. Tak było ze mną na początku 2015 roku. Chciałam się więcej ruszać, chciałam żeby to ruszanie miało jakiś sens, chciałam nie siedzieć w domu. W tym czasie moja koleżanka z pracy, a jednocześnie Magdy i moja koleżanka z liceum, zaczęła wrzucać na Facebooka zdjęcia ze spacerów z psami ze schroniska. Poszłam do niej zasięgnąć języka. Tydzień później z całą rodziną pojechaliśmy do schroniska w Celestynowie i spacerowaliśmy z psami. Był koniec zimy, pogoda w kratkę, a my czekaliśmy na sobotę, bo to był dzień spacerów. Oczywiście spodziewałam się nacisków ze strony córki, więc zanim zaczęliśmy tę przygodę wyjaśniłam jej, że mamy w domu trzy koty i na pewno nie weźmiemy psa. W grę wchodzą tylko sobotnie spacery! Zaakceptowała to. Mijały tygodnie, spacery tylko w sobotę w niewielkim stopniu kształtowały moją masę mięśniową, ha ha ha. W wakacje pojechaliśmy w góry. Codziennie musiałam namawiać dziecko na jakąś pieszą wycieczkę, wyjątkiem były tylko te dni, kiedy odwiedzałyśmy moją mieszkającą w Polanicy znajomą i szłyśmy na spacer z jej psami. Moje dziecko w niczym nie przypominano udręczonego młodego człowieka na górskim szlaku, którym stawała się, gdy nie prowadziła psa. Spacerowała godzinami, nie narzekała, nie chciała robić odpoczynku co pięć minut. Było wspaniale. Aż do chwili, gdy jeszcze w naszym wakacyjnym domku zaczęła mi wiercić dziurę w brzuchu, żebyśmy wzięli psa ze schroniska. W zasadzie trudno mi wyjaśnić, co się stało w tamte sierpniowe dni. Wiem, że było mnóstwo emocji, mało racjonalnego myślenia. 29 sierpnia zgodziłam się pojechać z córką do schroniska, żeby TYLKO obejrzeć pieski, które są do oddania. Skończyło się tym, że stałyśmy przekonane, że czarna kundelka z krótką sierścią, która wyciągała do nas łapkę przez kratę, musi być nasza. Wyszłybyśmy z nią tamtego dnia, ale jechałyśmy do Magdy na piknik w ogrodzie „Pożegnanie lata”. Następnego dnia, z samego rana, po złożeniu przez moje dziecko kolejnych przyrzeczeń, że będzie zajmowało się psem, ruszyłyśmy do schroniska. Wyrwałyśmy zza krat czarną panienkę i nazwałyśmy ją Lula. Kolejne dwa tygodnie były koszmarem, bo pies i koty obdarzyły się szczerą nienawiścią. Przetrwaliśmy to, skorzystaliśmy z porady behawiorysty, dziś towarzystwo miauczące ze szczekającym ma pakt o nieagresji. A co ja zyskałam? Codzienną, nieodwołalną dawkę ruchu, bo to, że dziecko nie wywiąże się ze swoich obietnic stało się jasne po mniej więcej trzech dniach. Dzień zaczynam więc dwudziestominutowym spacerem. Po południu idę na dwa razy dłuższy spacer. I tak każdego dnia. Deszcz, słońce, śnieg, odwilż. Kocham zwierzęta, więc wlepione słodkie oczy Luli były w stanie ruszyć mnie z kanapy w każdych okolicznościach. Po kilku miesiącach zaczęłam kochać też las, ścieżki, jagodziny, trawy. Każdego dnia chodzę tą samą trasą. Każdego dnia las odrobinę się zmienia. Po pół roku wiedziałam już, że ta zabawa jest uzależniająca. Dzień bez spaceru z powodu naprawdę ostrego przeziębienia, był dniem straconym. Maszeruję tak z Lulą od półtora roku, i wiecie co? Mam mięśnie, mam wagę stojącą w tym samym miejscu, mam głębszy oddech i każdego dnia co najmniej dwadzieścia minut, by pobyć ze sobą, z przyrodą, z myślami, szumem drzew i śpiewem ptaków. Jeśli nie lubicie ćwiczyć w siłowni, a chcecie poczuć mięśnie i szybsze bicie serca, bo robicie coś pożytecznego – weźcie psa ze schroniska! Psia miłość będzie dodatkowym i najważniejszym bonusem.

Ania

8 thoughts on “Coś dla ciała, coś dla ducha. I psa.

  1. ja tez mam takiego psa krawaciarza on jest identyczny !!!!!!!!! dodałabym zdjęcie ale nie mam takiej możliwości 🙂 Lula hm a nasze psisko to Lipton zdrobniale Lipuś dzięki którym cała rodzina uodporniła się tfu tfu na jesienno-zimowo-wiosenne wirusy i od 3 lat nie wiemy co to przeziębienie 🙂

    1. To niesamowite, że jest taki sam! To są jakieś bardzo rasowe kundle 🙂 Pozdrowienia dla Pani, rodziny i Liptusia 🙂
      Magdalena i Ania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *