Był rok 1989. Wrzesień był ciepły, nastroje gorące,
bo po Okrągłym Stole nadszedł czas pierwszych wolnych wyborów w powojennej Polsce. Ale my z Magdą miałyśmy wtedy po piętnaście lat i właśnie dostałyśmy się do liceum. Jednego z najlepszych w Warszawie, stawiającego na przedmioty ścisłe, ceniącego olimpijczyków i innych pasjonatów nauki non stop. Co tam robiłyśmy?

Byłyśmy po prostu zdolne i śpiewająco zdałyśmy egzaminy wstępne – tej wersji się trzymajmy. Wypatrzyłyśmy się gdzieś na korytarzu zaraz w pierwszym tygodniu. Magda nosiła powłóczyste spódnice, ubrana była od stóp do głów na niebiesko i była utkana z emocji. No cóż, myślałam, wariatka! Ona z kolei patrząc na mnie widziała zasadnicze dziewcze z przyciętą równo grzywką i oceniającym, krytycznym wzrokiem. Nigdy mi tego tak ostro nie powiedziała, ale sądzę, że uważała mnie za kogoś z gatunku „bez kija nie podchodź”. Nie zapowiadało to nic dobrego. Cały wrzesień bacznie się sobie przyglądałyśmy. To było przedziwne, bo żadna z nas nie miała odwagi wypowiedzieć choć jednego słowa do tej drugiej, a jednocześnie zapadłyśmy sobie w pamięć. Tygodnie mijały błyskawicznie, łapałyśmy swój wzrok mijając się w biegu. Wreszcie spotkałyśmy się na przystanku autobusowym, jako jedne z niewielu jeździłyśmy w przeciwnym kierunku niż większość naszych koleżanek i kolegów. Podjechał autobus i jedyne wolne miejsce, które obie znalazłyśmy znajdowało się na samym końcu pod szybą. Zaczęłyśmy rozmawiać. Pamiętam, że z każdym zdaniem czułyśmy, że mamy sobie masę rzeczy do opowiedzenia. Magda była bardzo otwarta i bezpośrednia, ale nie nietaktowna. Opowiadała o swojej pasji aktorskiej, o teatrze, o ognisku państwa Machulskich przy Teatrze Ochota. Ja nie pamiętam o czym mówiłam. Faktem jest, że te kilka przystanków, które miałyśmy spędzić w autobusie okazało się dla nas wystarczające. Wysiadłyśmy na (kultowym dziś z powodu fatalnego zamknięcia kina Femina w Warszawie) przystanku pod Feminą i…gadałyśmy dalej chyba dwie godziny. Kolejne autobusy nam uciekały, zrobiło się szaro, zmrok, wreszcie się rozstałyśmy. Czy miałyśmy wtedy świadomość, że po dwudziestu ośmiu latach, podobnie jak tamtego dnia, wciąż nie będziemy mogły się nagadać?

Tego nie wiem, ale wiem na pewno, że ludziom warto dawać szansę, warto posłuchać, co chcieliby nam opowiedzieć. Tak niepozornie, z tak różnych charakterów i osobowości, rodzą się przyjaźnie. Zastanawiałam się ostatnio nad tym, co sprawia, że myślimy o kimś – przyjaciel. Nie jest łatwo to nazwać, określić, wymierzyć. Nasi przyjaciele są różni, trudno znaleźć dla nich wspólny mianownik. Ale myślę, że jest jedna rzecz wspólna dla tych ważnych dla nas osób – przyjaciel to ktoś, kto zawsze jest po naszej stronie. Może nie zgadać się z naszymi decyzjami, może wybierać inaczej, może cieszyć się czym innym i mieć inne niż my marzenia, ale gdy się spotkamy lub choćby zadzwonimy, wiemy, że ten człowiek jest po naszej stronie. Że zaakceptował nas ze wszystkim tym, co w sobie lubimy i czego nie znosimy. Myślę, że takich przyjaźni nie nawiązuje się zbyt wiele – kilka, może kilkanaście. Ale nawet, gdy jest w naszym życiu choćby jedna taka osoba, mamy coś bezcennego!

PS. Obejrzałam ostatnio film, który pomógł mi trochę w zdefiniowaniu słowa przyjaciel. „Już za tobą tęsknię” z Drew Barrymore i Toni Collette. Wycisnął ze mnie na koniec sporo łez, ale też przypomniał, że warto mieć w sercu specjalne miejsce dla przyjaciela!

Ania

2 thoughts on “Przyjaźń od drugiego wejrzenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *