Każdego dnia planuję dziesiątki rzeczy – począwszy od tego co zjemy na śniadanie, w którym momencie dnia pójdę z psem na spacer, a skończywszy na tym, kiedy i jakie napiszę teksty do gazety czy planowaniu wizyt u lekarzy. Coraz rzadziej robię plany dalekosiężne. Choć, wiadomo czasami trzeba coś wcześniej przemyśleć. Dzięki temu, że nie robię planów, częściej mam niespodzianki!

Tak było kilka dni temu. Wszyscy mieli jakiś „rozkład jazdy” na długi weekend majowy. Ja od kilku lat nie wyjechałam w tym czasie nigdzie dalej, bo albo praca pilnie mnie wzywała i miałam odwoływany urlop, albo pogoda zapowiadała się tak koszmarna, że sami odwoływaliśmy wyjazd. W tym roku nie planowałam nic. Poza tym, że każdego dnia rano będę na bieżąco ustalała ze sobą i z rodziną, co mamy ochotę robić. Już w piątek wieczorem spotkała mnie niespodzianka. Zadzwoniła do mnie Beata (wcześniej przeze mnie wspominana) i zapytała, czy nie miałabym ochoty pójść w sobotę do Teatru Wielkiego na „Czarodziejski flet”. Cóż za pytanie!? Oczywiście, że miałam ochotę, tym bardziej, że Magdalena polecała ten spektakl!

Inscenizacja pokazana po raz pierwszy w berlińskiej operze zachwyca! Jest dynamiczna, nowoczesna, choć najbliższa stylistyce lat międzywojennych XX wieku. Aktorzy grają w scenografii, która tak naprawdę jest grafiką rzucaną z rzutnika na scenę. Przypomina to nieme kino, a mnie filmy, które uwielbiałam oglądać w cyklu: „W starym kinie”, ale są też elementy graficzne, które są żywcem zaczerpnięte z komiksów. To wystawienie w niczym nie przypomina skostniałych statycznych oper, na których trudno opanować ziewanie. Sama muzyka Mozarta jest ciągle świeża, inspirująca. Słychać w niej żart i figlarny charakter kompozytora. Aż trudno uwierzyć, że kilka miesięcy po napisaniu „Czarodziejskiego fletu”, 5 grudnia 1791 roku Mozart zmarł. Został pochowany w bezimiennym grobie, do dzisiaj nie odkryto miejsca jego spoczynku. Słuchając tej wspaniałej, totalnej muzyki warto o tym pamiętać, ponieważ to, co wielkie zawsze sąsiaduje z tym, co nędzne i mizerne…

Niewiele możemy tak naprawdę zaplanować, wiele rzeczy jest od nas niezależnych, dlatego warto łapać ulotne chwile przyjemności, nie zamykać się na niespodzianki i niezaplanowane zdarzenia. To one wnoszą w nasze życie ten powiew radości i tego, że z przyśpieszonym biciem serca znów jakby trochę bardziej wierzymy w to, że wszystko może się zdarzyć. Trzeba mieć tylko oczy, uszy i głowę szeroko otwarte!

A jeśli już koniecznie coś musicie planować i macie możliwość dojechania do Warszawy, serdecznie Wam polecam nie tylko obejrzenie jakiegokolwiek przedstawienia w Teatrze Wielkim (chyba wszystko jest godne polecenia!), ale też zorganizowanie wycieczki waszym dzieciom lub sobie, podczas której można zwiedzać cały budynek Opery Narodowej. Moja córka była na takiej wycieczce i wróciła oczarowana. Zupełnie jak ja „Czarodziejskim fletem”.

Ja póki co oddalam się do dalszego weekendowego lenistwa bez planu. Ciekawe, czy jeszcze jakieś niespodzianki na mnie czekają?

Ania

Komentarze: “Lot bez planu

  1. Dla naszej podświadomoścji i tych myśli zaprzątniętych,różnymi zmysłami dnia codziennoścji wspólnych celów,planów podróży,i tych nie zawsze,jak wyjazd,czy pójście do kina lub teatru,nie zawsze jak wspomniałaś Madziu musi być planem zgodnym i długo oczekiwanym,ale jak najbardziej oczywistym i bardziej złożonym spontanicznym uniesieniem przywołującym dobre odległe myśli odczucia z dziećiństwa,w zależnoścji jak to je widzi.Stare kino i filmy przed wojenne i po#muzyka lat 70,80#wywołują we mnie euforię i stan uniesienia błogastanu dobrej nuty i tęsknoty za tym co już nie wróci))¡

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *