Jeszcze nie tak dawno wszyscy żyliśmy w bliższym kontakcie z naturą, lasem, drzewami. Dzisiaj udajemy, że tego nie potrzebujemy, że do życia wystarczy nam paprotka na parapecie w pracy. Nieprawda!

Urodziłam się w mieście, większość dzieciństwa spędziłam przy jednej z najbardziej ruchliwych ulic w Warszawie. Ale też w sąsiedztwie pięknego, choć niewielkiego Parku Saskiego. Wróciłam do tego mieszkania, gdy byłam dorosła i prowadziłam mocno towarzyski tryb życia. Wracałam kiedyś nad ranem do domu przez Ogród Saski, świtało, wstawał letni dzień, a w parku słychać było szalony śpiew ptaków. Słyszałam go już później nawet w domu, otworzyłam swoje uszy na te dźwięki. Od tamtej pory bardzo często zabierałam z domu książkę i szłam czytać do parku, chowając się pod jeden z dostojnych kasztanów. Drzewa zaczęły być dla mnie ważne. Latem, gdy upał wyganiał nas z maleńkiego, nagrzanego mieszkanka, szliśmy właśnie do parku, by po upalnym dniu poczuć przyjemny chłód bijący od drzew.

Kiedy urodziła się nasza córka zamieszkaliśmy w innej dzielnicy, ale również w sąsiedztwie parku – wspaniałego, starego i znacznie większego niż Ogród Sasaki, Parku Skaryszewskiego. Byłam tam przynajmniej raz dziennie. Pchając przed sobą wózek miałam czas zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół mnie. Ptaki, wiewiórki, kaczki pływające po stawie, ale przede wszystkim drzewa. Po pół roku miałam wrażenie, że znam je niemal na pamięć. Kiedy wróciłam do pracy i spacery z dzieckiem, zwłaszcza w krótkie zimowe dni, przypadły w udziale opiekunce, bardzo brakowało mi tego codziennego kontaktu z przyrodą.

Od prawie dwóch lat znowu drzewa towarzyszą mi każdego dnia podczas spacerów z psem. Znów znam na pamięć każdy konar i korzeń, czuję się w lesie jak u siebie. Dlatego, gdy zobaczyłam w księgarni książkę Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”, wiedziałam, że to coś dla mnie. Niestety pierwszy egzemplarz, który kupiłam pół roku temu posłużył mi za prezent podczas niezapowiedzianej wizyty. Mijały miesiące i dopiero teraz, kilka dni przed majówką znów kupiłam tę książkę i… pochłonęłam ją na jeden raz! Nie chcę zdradzać tych wszystkich fantastycznych rzeczy, których dowiedziałam się o drzewach i innych roślinach oraz owadach. To jest po prostu fascynujące. Po przeczytaniu tej książki i kilku wycieczkach do lasu, już nigdy nie spojrzycie na drzewa inaczej, niż jak na żywe istoty. Ktoś powinien koniecznie podrzucić tę lekturę obecnemu ministrowi środowiska!

Lubię miejskie życie, lubię gwar kawiarni, ulic i miejskich parków, ale sądzę, że prawdziwy spokój i wewnętrzny ład można odzyskać tylko obcując z przyrodą, której nie ogranicza kwadrat kilku ulic. A najwspanialsze w tym kontakcie jest to, że nic nie kosztuje! Poza przyzwoitością, która po wizycie każe zabrać ze sobą wszystkie opakowania po jedzeniu i piciu, które ze sobą mieliśmy.

I jeszcze jedno – wiem, „wolnoć Tomku w swoim domku”, ale zastanówcie się kilka razy zanim odpalicie piłę mechaniczną i wytniecie jakieś drzewo. Rozumiem, że to konieczne, by na przykład postawić dom, ale dlaczego ludzie wycinają drzewa na działkach, na których budowa zakończyła się kilkanaście lat temu? Dlaczego ogałacają całe działki zostawiając same pnie?

Ania

5 thoughts on “Co mówią drzewa?

  1. A ja mieszkam jakieś 300 metrów od lasu, który ciągnie się przez pięćdziesiąt kilometrów. I proszę sobie wyobrazić, że dopiero od 3 maja 2017 poznaję ten las na nowo. Zwiedzam urokliwe zakątki podróżując rowerem i tak już przez niecały miesiąc zjeździłam około 200 km. Mieszkam w tej okolicy prawie całe życie, ale ostatnia dekada mojego życia przebiegała w klimacie zdecydowanie miejskim, dopiero od niedawna pozwoliłam sobie zadbać o zmysły oraz system nerwowy i stosuję terapię lasem (dendroterapia? ), aromaterapię konwaliami, choreoterapię ptasim śpiewem jak również hygge (po przeczytaniu książki o hygge pomyślałam, że jestem chyba genetycznie Dunką – bez hygge żyłam chyba tylko w połowie, nie mając czasu na nic sensownego poza pracą. Ale odkryłam, że rozmowy z rodziną, pobyty w lesie, działka pod miastem – to wszystko ma dla mnie największy sens. A praca cóż – jest potrzebna, ale jednak w równowadze z innymi obszarami życia. Ps. Przepraszam za trudne słowa w poście, ale sprawdzam, czy pamiętam 😀

    Z pozdrowieniami
    Rosa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *