Od poniedziałku pracowałam od rana do wieczora. W środę w drodze do domu wyobrażałam sobie swój szczęśliwy powrót: wchodzę do domu, włączam dobrą muzykę – czego mam ochotę dziś posłuchać? Zrobię sobie czerwoną herbatę, wszyscy rodzinnie nakryjemy do stołu, zjemy kolację, razem usiądziemy przy stole i będziemy rozmawiać o mijającym dniu, potem każdy odniesie swój talerz, wspólnie posprzątamy po kolacji żartując i śmiejąc się, następnie każdy przez chwilę zajmie się swoimi sprawami – pakowanie szkolnego plecaka, sprzątanie zabawek, wieczorna toaleta – tu wyobrażałam sobie kąpiel z pachnącą solą, świece zapachowe i cukrowy peeling, po którym skóra jest śliczna i gładka. Dzieci w piżamkach dadzą mamusi słodkie buziaki na dobranoc i cała rodzina uda się na zasłużony odpoczynek.

Z takim wyobrażeniem przekraczam próg domu, za którym brutalnie zderzam się z rzeczywistością. Tuż za drzwiami omal nie wywalam się o górę butów – ile osób mieszka w tym domu?! Ile mamy nóg?! Z wielkim trudem opanowuję się, żeby nie wrzasnąć: „ile razy mówiłam Wam, gdzie należy odstawiać buty?!?!?!”. Nie, nie będę psuła tak dobrze zapowiadającego się wieczoru, choć ciśnienie mi rośnie, gdy wśród rozrzuconych butów dostrzegam dwie pary największych, należących do – jak to ładnie piszą w magazynach wnętrzarskich – „pana domu”!

Wchodzę głębiej – ze schodów zbiega 6-latek: „mamusiu, ułożysz ze mną lego? „ – Odpowiadam słodko: „Po kolacji synku – pomożesz mi robić kolację?”

Synek na to: „ale my już jedliśmy, tata zamówił pizzę”. Poczułam jak część planu sypie się w gruzy, odechciało mi się włączać muzyki. Odechciało mi się także kolacji, gdy weszłam do kuchni i zobaczyłam brudne talerze i ogromny karton po pizzy. Prosiłam przecież, żeby na kolację był kalafior – dostaliśmy prawdziwego, zdrowego, niezmutowanego kalafiora ze wsi od teścia kolegi!

Sama zresztą nie będę jadła kolacji, bo co to za przyjemność jedzenie w samotności? Otworzyłam więc lodówkę i wrzuciłam do żołądka, jak do śmietnika kilka produktów, których nie trzeba było poddawać obróbce, zrobiłam sobie herbatę (przynajmniej ten punkt udało się zrealizować) i polazłam na górę. Tam w swoim pokoju i w ogólnym rozgardiaszu siedział mój młodszy syn z moim mężem i budowali z klocków komisariat. Za chwilę pojawił się starszy syn i zaczął mnie bardzo uprzejmie zagadywać pytaniami jak było w pracy? To obudziło moją czujność – instynkt matki kazał mi zajrzeć do dziennika elektronicznego i wszystko się wyjaśniło: dostał uwagę za przeszkadzanie na lekcji.

Jeszcze jakiś czas temu takie nagromadzenie frustracji, porażek, taki rozdźwięk między pragnieniem – (przecież niby prostym do spełnienia) – a rzeczywistością wywołałby najpierw wściekłość, potem frustrację i żal. Najpierw rozpaczliwie próbowałabym zawalczyć o lepszą rzeczywistość, o lepsze dzisiaj, o marzenia i rzuciłabym się do sprzątania, aby w pięknie zaaranżowanej rzeczywistości przynajmniej wypić herbatę. Ale wtedy frustracja nastąpiłaby na kolejnym etapie – gdybym wykończona sprzątaniem bezskutecznie próbowała nakłonić chłopaków do porzucenia fascynującego zajęcia na rzecz wspólnie wypitej herbaty.

Dziś jest inaczej, gdyż – (jak mówi Jagoda Wątroba – jedna z postaci granych przez moją koleżankę Adę Borek) : „wszystkie doświadczenia, których doświadczyłam, nauczyły mnie życiowego doświadczenia”.

Otóż nauczyłam się dość szybko i łagodnie schodzić na ziemię, nauczyłam się, że nie o wszystkie marzenia trzeba walczyć, a przynajmniej nie warto za nie ginąć;), oraz pogodziłam się ze starą prawdą, że „trzeba cieszyć się tym, co się ma”. Powtórzyłam to sobie kilka razy, popatrzyłam na swoją rodzinę szczęśliwą pomimo bałaganu i braku pożywnej kolacji i utorowałam sobie drogę do łazienki. Następnie weszłam pod prysznic, bo okazało się że nie mam soli do kąpieli, a w dodatku nie chciało mi się szukać zapałek do zapalenia świeczek. Nałożyłam sobie maseczkę na twarz, odżywkę na włosy i w szlafroku, zadowolona, że mam wreszcie chwilę tylko dla siebie, poszłam czytać książkę powtarzając kolejne mądre zdanie: „żyj i daj żyć innym”.

Magdalena

15 thoughts on “Daruj sobie

  1. Jakie to prawdziwe 😉 Dopiero zaczyna do mnie docierać myśl, że być może da się jakoś odpocząć mimo wszędzie walajacych się zabawek (też mam w domu króla lego) 5 latka i jego rocznej siostry, i że być może świat się nie zawali jeśli nie posprzątam po kolacji i nie odbębnię prasowania….swoją drogą ponoć kobieta prasująca to IRON-WOMAN 😉 Uczę się dopiero, że można być szczęśliwym mimo tego, że wokół nie jest idealnie i ze trzeba mieć czas tez dla siebie bo inaczej można tylko oszalec 🙂

    1. Ja też ciągle się tego uczę – ale warto – to bywa „wyzwalające”😉😊
      Życzę nam jak najwięcej sukcesów na tym polu i pięknego weekendu!😘
      Magdalena nieboniebo

  2. Masz rację Magdaleno. Sama nieraz chciałabym mieć tą cierpliwość,a bywa,że z nią krucho. No cóż,żeby szczęśliwym być trzeba czasem ustąpić. Gdy następnym razem będę chciała wybuchnąć postaram się przypomnieć sobie Twoją opowieść. Pozdrawiam cieplutko 😍

    1. Dziękuję bardzo😍! Życzę pięknej niedzieli i dużo cierpliwości nam wszystkim!😉😘
      Magdalena nieboniebo

  3. Skąd ja to znam… ja też już nauczyłam się odpuszczać, choć irytacja czasem rośnie do momentu erupcji wulkanu…:-) jutro sobota pracującą, córka już dziś wybiera się do dziadka, syn i mąż zostaną sami w domu… także na pewno po powrocie z pracy zastanę w domu armagedon. A w niedzielę święto, wypadałoby posprzątać… ale odpuszczę ,wszak idziemy na czuwanie przed Zesłaniem Ducha św:-)

    1. I słusznie – czasem po prostu trzeba odpuścić😊. Życzę spokoju ducha i pięknej niedzieli🌞
      Pozdrawiam
      Magdalena nieboniebo

  4. Pani Magdaleno przepięknie Pani wyszła na tym zdjęciu. A co do posta, uśmiech nie schodził mi z twarzy podczas czytania, pomyślałam sobie: Jak ja to znam. Nie wygrałam żadnej generalnej bitwy z moimi domownikami. Czasami dawali mi poczucie chwilowego sukcesu w jakichś pomniejszych bitwach, ale generalnie robią co chcą. ZAWSZE. I mama to jest ta nieco niżej usytuowana na skali intelektu, którą zawsze się jakoś sposobem „ogarnie”.
    Przychodzę do domu, z pracy o podwyższonym zagrożeniu hałasem i już na schodach słyszę harmider. Ponadprzeciętny. Wchodzę do domu i jednak wrzeszczę (przejaw całkowitej bezsilności), lub też artykułuję słowa poparte rozpaczliwym gestem „Nie mów do mnie teraz” kiedy próbują mi powiedzieć naraz bardzo ważne rzeczy 😀

    Jednak kiedy wszyscy wyjadą i jestem całkiem sama, to ta cisza mnie wykańcza. Paradoks. Coś o czym codziennie marzę nie daje radości. Zastanawiam się – gdzie ja popełniłam błąd, że się tak absurdalnie, toksycznie przywiązałam do mojej rodziny? Przecież pracuję, mam hobby, interesuję się światem, nie jestem sfrustrowana, a jednak samotny tydzień w pustym domu to dla mnie masakra. Z predyspozycji wrodzonych może jestem kura domowa? 🙂
    Serdecznie pozdrawiam
    Rosa

    1. No jasne! – mam dokładnie to samo!;) – wielka ulga, gdy wyprawię nastolatka na obóz, a dwa dni potem „chodzę po ścianach” – tak trudno wytrzymać bez jego komentarzy i irytujących uwag;). Też tak mam, że czasem, gdy zostaję sama w domu zastanawiam się czy to nie jest toksyczne przywiązanie;)? Ale to chyba po prostu miłość we wszystkich możliwych odcieniach;).
      Pozdrawiam gorąco i życzę wielu radości w codzienności, która nie zawsze jest taka jak byśmy chciały 😘😘😘
      Magdalena nieboniebo

  5. Magda, mam nadzieje, ze nie pogniewasz sie, ze smialam sie czytajac Twoj piekny wpis.:) Ach, to zderzenie naszych marzen i planow z rzeczywistoscia:-) btw, wygladasz absolutnie zjawiskowo <3

    1. Absolutnie się nie gniewam – musimy się z tego trochę śmiać i mieć do tego dystans – inaczej człowiek by zwariował, albo się pociął, albo jedno i drugie 😉😩😍😘

  6. Chce się powiedzieć : SAMO ŻYCIE !!! Znam to uczucie ,kiedy nasze plany mają się nijak w zderzeniu z rzeczywistością codzienności .Ten ambiwalentny stosunek do tzw. „świętego spokoju” sprawia ,że po prostu musimy odpuścić bo Drogie Panie poukładane to jest w IKEI :).
    Dodam tylko ,że aby naładować akumulatory wybrałam się w weekend w góry. Leżąc pod Łabskim Szczytem podziwiając piękny widok na Szklarską Porębę wykrzyknęłam słowa „czyż życie nie jest piękne „. Przyjeżdżam do domu a tu krajobraz po grilowaniu w ogrodzie moich synów i ich (nie wiem ilu ) znajomych. W sekundę moje akumulatory się rozładowały. 🙂 Pozdrawiam i wytrwałości życzę.

    1. Pani Elżbieto, ja też mam dwóch synów i przeczuwam, że to co teraz mam, to dopiero preludium😉
      Życzenia wytrwałości bardzo cenne, dziękuję😃
      Nie dajmy się😉😍!
      Magdalena nieboniebo

  7. Ja jednak zawsze walczę o Marzenia do końca… Choć czasem to bolesne… I wymaga wylania wielu łez…😑

  8. Jest Pani bardzo mądrą kobietą 🙂 Ja póki co dalej się uczę odpuszczać pewne sprawy 😉
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *