Wakacje,  wakacje… od kiedy mój starszy syn rozpoczął szkolną edukację znowu cieszę się jak dziecko na nadchodzące dwa miesiące wolnego od szkoły, od codziennych obowiązków, od porannego ściągania go za nogi z łóżka, sprawdzania odrobionych lekcji, od emocji towarzyszących odpalaniu elektronicznego dziennika, od przepytywania z lektur i tego typu codziennych atrakcji. Ale – jak mówiła bohaterka farsy, w której przez kilka lat grałam w Teatrze Kwadrat – „kobieta pracuje na okrągło”. Bo przed nami szereg kolejnych zadań: jak zająć dziecko/dzieci w taki sposób, aby po pierwsze nie siedziało non stop przy komputerze, po drugie, żeby nie przychodziło do nas co chwilę marudząc: „mamo, nudzę się… ” Nie będę owijać w bawełnę: nie znam dobrej odpowiedzi na te pytania. Nie wiem czy w ogóle jest na te pytania „dobra odpowiedź”. Szukam doraźnych rozwiązań, które jestem w stanie realizować, gdy nie pracuję albo gdy wracam wcześniej z pracy: organizuję wycieczki do kina, na basen, do miasta,  albo pobliskich miejscowości, w których jest zalew/skansen, albo po prostu dobre lody. Takie atrakcje niestety większość z nas jest w stanie zapewnić dziecku na miejscu w najlepszym razie 2  razy w tygodniu, dlatego zwykle najchętniej zapisywałam go na zajęcia typu „lato w mieście”.  Ale to działało tylko do pewnego wieku – gdy dziecko zamienia się w nastolatka, takie aktywności stają się nagle „beznadziejne”. Dobrze jest czasem dogadać się z mamą dobrego kolegi, która pracuje w innym systemie niż my i wspólnie organizować na zmianę atrakcje dwójce (dziś ja zabiorę chłopaków na basen i na pizzę, a może jutro Ty pojedziesz z nimi do kina?). To działa przez jakieś  2-3 dni dopóki się nie pokłócą…

Pamiętam, że gdy mój starszy syn miał 3-4 latka i był słodkim (choć nieznośnym) „loczusiem”, drżałam z lęku na myśl, że nadejdzie dzień, gdy zobaczę go jak z walizką wsiada do autokaru/pociągu, który zabierze mi go w tzw. „siną dal”. Dziś liczę dni, czekając kiedy pomacham mu na pożegnanie, a przede mną otworzy się barwny wachlarz możliwości, których nie mogłabym wykorzystać boksując się na co dzień z jego pomysłami. Oczywiście jak to często w życiu bywa, wyobrażenie nieco mija się z rzeczywistością, bo już wieczorem łzy napływają mi do oczu, gdy przechodzę obok jego pustego pokoju albo natknę się na jego porzuconą skarpetę. Biję się ze sobą, żeby nie dzwonić do pani wychowawczyni z pytaniem „czy wszystko w porządku”?

I generalnie nie mogę doczekać się powrotu swojego „słodkiego skarba”. Ale to – powiedzmy sobie uczciwie – dopiero po kilku dniach. Jak już ochłonę po przygotowaniach do wyjazdu i po pakowaniu. Nie wiem jak Wy, ale ja po prostu nienawidzę tego robić. Na myśl o pakowaniu na wakacje już kilka dni poprzedzających tę czynność mam zmarnowane. Po pierwsze trzeba odszukać letnie rzeczy, które upchnęłam jesienią na strychu lub na najwyższych półkach szaf. Wiem, co mnie czeka: oprócz wielkiego prania okaże się, ze połowa garderoby jest do wymiany – szorty za wąskie, koszulki przykrótkie. Podobnie z odkrytymi butami i klapkami. O nowych kąpielówkach i chroniącej przed słońcem bejsbolówce akurat pamiętam – co roku gubi je na obozie albo zostawia gdzieś na plaży. Czeka mnie zatem kilkugodzinny obchód centrum handlowego, a to nie jest moja ulubiona rozrywka (No chyba, że jadę tam bez „konkretnego celu” – to trochę co innego;)).

Nauczona ciężkimi doświadczeniami nie zabieram ze sobą na zakupy syna – to oszczędzi mi trochę czasu i nerwów. Kupuję po prostu więcej niż potrzebuję w jego rozmiarze, bo i tak większość okaże się „słaba”. To ogromne ułatwienie, że w sieciówkach możliwe są zwroty. Najgorzej jest z butami – jeśli nie kupuję sprawdzonej marki/modelu, muszę zabrać syna. Znowu będzie to samo: dziecko nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie kupimy te buty i pójdziemy do Empiku, dla świętego spokoju powie na wszystko, co zaproponuję, że jest dobre. Dopiero w domu okaże się, że niekoniecznie…

Doświadczenia poprzednich lat każą nam również odpowiednio wcześniej sprawdzić, czy tym razem legitymacja szkolna jest w domu, czy znów zaginęła, bo być może trzeba będzie wyrobić nową (wcześniej oczywiście zrobić zdjęcie i złożyć w szkole z wypełnionymi dokumentami), a jeśli znajdzie się wreszcie, to czy na pewno jest podstemplowana?

Kiedy pokonamy te wszystkie schody – gdy garderoba zostanie uzupełniona i wszystko uprane, powinnam natychmiast wepchnąć to wszystko do walizki, bo zawsze jest tak, że do  biegania po dworze i jazdy na rowerze młody człowiek założy upraną przygotowaną na wyjazd koszulkę zamiast zeszłorocznej przykrótkiej odpowiedniej na taką okoliczność. Teraz może mu zabraknąć odzieży na wyjeździe! Co to będzie?! Będzie się wstydził, przejmował, czuł dyskomfort. Jak mieć pewność, że wystarczy mu ubrań? Ile tak naprawdę powinien zabrać na 10 dni? Pogoda w Polsce jest kapryśna – w takim razie na każdy dzień po jednej z krótkim i po jednej z długim rękawem plus jedna z każdego rodzaju na wypadek, gdyby się zalał lub poplamił. Do tego 4 pary krótkich spodenek, 3 długich spodni, bluza z kapturem, sweter i kurtka przeciwdeszczowa. Piżama. (Lepiej byłoby dwie na tyle dni, ale trudno- jedna musi starczyć). Majtki i skarpetki na każdy dzień. Pojedzie w trampkach, zabierze klapki, sandały i buty do chodzenia po górach. A, i kosmetyczka: mydło w płynie, szampon, pasta do zębów, szczoteczka i krem z filtrem. Szczotka do włosów. Kąpielówki, ręcznik, mały ręczniczek do rąk, czapka z daszkiem. Gotowe. Duża ta walizka. Ale przynajmniej niczego nie zabraknie. Gdy syn jako ośmiolatek po raz pierwszy jechał na obóz, chciałam zrobić mu rozpiskę zestawów na każdy dzień uwzględniając różne warianty pogodowe, ale mąż powstrzymał mnie przed „zrobieniem dziecku obciachu”.

Głowa pracuje na najwyższych obrotach do samego momentu wyjazdu. Gdy już potencjalna pociecha mojej starości wyjedzie, nie mam siły na korzystanie z niekończącej się oferty atrakcji, która się przede mną rysuje. Mam ochotę się położyć i się nie ruszać. I żeby nikt do mnie nic nie mówił. I niczego ode mnie nie chciał.

Po 2-3 dniach przychodzi rozdzierająca serce tęsknota, potem następuje 7 dni krótkich jak jeden dzień wypełnionych pośpiesznym robieniem tego, czego nie dało się zrobić, gdy po domu kręcił się znudzony i marudzący młody człowiek. A zaraz potem następuje szczęśliwy powrót.

Dziecko wraca całe i zdrowe, tyle że z żółtymi zębami i kołtunem na głowie. Za to bez ręcznika, kąpielówek i bejsbolówki. Okazało się, że przez 10 dni użył tylko czterech koszulek, pięciu par majtek i dwóch par spodenek.

Już nawet prawie się ucieszyłam, że nie będę musiała robić prania, gdy zobaczyłam, że „brudy” zmieszane są z czystymi ubraniami , a poza tym zlokalizowałam źródło dziwnego smrodku – między ciuchami leżała wciśnięta spleśniała kanapka, którą zrobiłam dziecku na podróż 10 dni wcześniej.

Radość z zobaczenia synka po długiej rozłące zostaje zmącona tłukącymi się po głowie pytaniami: 1. Jak nauczyć dzieci samodzielności i szacunku do posiadanych rzeczy? 2. Co robię nie tak? 3. Dlaczego nie mamy babci z polem truskawek/ziemniaków/czegokolwiek, żebyśmy tam przez pracę, praktycznie nauczyli je, że do wszystkiego dochodzi się wysiłkiem? 4. Czy istnieją jeszcze Ochotnicze Hufce Pracy? 5. A może zamiast organizować dziecku kolejne atrakcje, wreszcie zaangażować je w pomoc przy praniu i nauczyć prasować, aby przekonało się, że złożone w kostkę ubrania nie wskakują same do walizki?

Być może wtedy każdy wyjazd, każde wyjście do kina czy na basen nie będzie jedną z wielu atrakcji, które mu się należą, tylko nagrodą za zaangażowanie i wysiłek? Dopomóż mi, Boże, aby udało mi się to przeprowadzić!

Magdalena

9 thoughts on “Nareszcie wakacje

    1. Na szczęście ten strach z wiekiem słabnie- a 4 lata to najpiękniejszy czas – proszę się tym cieszyć póki dziecko nie wejdzie w wiek nastoletni😉😂😜. Pozdrawiam bardzo gorąco! ♥️
      Magdalena nieboniebo

  1. Pani Magdo, OHP istnieje i ma się dobrze☺ma nawet Młodzieżowe Biuro Pracy z ofertami pracy sezonowej dla młodzieży 16-25 lat, także serdecznie zapraszam☺ Ja natomiast mam trochę stresu, moja 9-latka wyrusza pierwszy raz na kolonie…pozdrawiam

    1. Trzymam kciuki -wiem co to znaczy – mój syn wtedy wyjechał po raz pierwszy! Ale skoro u mnie się udało, to – umówmy się- u Ciebie musi być dobrze- dziewczynki są mądrzejsze😜✋🏻👍🏻😘😘
      Magdalena nieboniebo

  2. Ja pojechalam po raz pierwszy na kolonie, na cale 3 tygodnie, w Gory Swietokrzyskie, majac 9 lat. Bylam najmlodsza, okropnie tesknilam za mama, ale wydawalo mi sie „niemoralne”skarzyc i prosic, zeby Rodzice mnie zabrali, skoro przejechalam tyle kilometrow. Udawalam wiec przed sama soba, ze jestem dorosla, pojechalam na wczasy i to tylko wylacznie ode mnie samej zalezy KIEDY mam ochote wrocic. Dzialalo:) poza tym wszystko pralam na biezaco, mama dala mi w woreczek proszek IXI, codziennie rozwieszalam wiec na kaloryferze bielizne i rano byla sucha:)

    1. Jakie piękne wspomnienie 🙂 Ja nie byłam taka dzielna. Kiedy rodzice przyjechali mnie odwiedzić po dwóch tygodniach wpadłam w histerię i kazałam się zabrać do domu. Pozdrawiam, Ania

  3. Pani Magdo, jak czytam o tych skarpetkach i zapleśniałych kanapkach to się uśmiałam. Jakbym czytała o własnym 15-letnim synu 🙂 Mam dokładnie to samo. W szkolnym plecaku znajdowałam zawsze kanapki z dalekiej przeszłości o ciekawym zabarwieniu i zapachu a owoce dobrze trącące już winkiem 😉 Pozdrawiam

    1. Pani Basiu, to się nazywa „mieszane uczucia”😂😂😂! Z jednej strony złość i obrzydzenie, a z drugiej śmiech i rozczulenie! – dzieci fundują nam maaasę emocji i to jest piękne😃😃😘
      Magdalena nieboniebo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *