Odchudzanie, zdrowe odżywianie, dbanie o siebie. To wszystko są tematy, które często przewijają się w naszym życiu. Ja uświadomiłam sobie, że w tym, aby czuć się lepiej pomaga mi kilka nawyków, które mogą wydawać się dziwne, ale jestem do nich głęboko przywiązana.

Nawet jeśli nie mamy problemów z wagą, ani jeszcze nie mamy żadnych problemów zdrowotnych, powinniśmy interesować się tym, co jemy. W naszym przewodzie pokarmowym jest tyle samo połączeń neuronowych, co w mózgu! I jak pisze Giulia Enders w genialniej książce „Życie wewnętrzne” ilość tych połączeń na pewno nie służy tylko temu, by puścić bąka. Mnóstwo badań prowadzi się nad jelitami, wiemy o nich coraz więcej. To od nich w dużej mierze zależy odporność naszego organizmu, a nawet samopoczucie! Właśnie dlatego nie można jelit traktować jak worka, do którego wszystko się wrzuca. Co prawda moja babcia Władzia miała powiedzenie „wełna, nie wełna, byle kicha była pełna”, ale dotyczyło ono ekstremalnych czasów okupacji. I choć starsze pokolenie nadal ma nawyki ludzi wojny, powinniśmy wytłumaczyć sobie, że głód taki, jak ten, który wtedy panował jest przeszłością. Oczywiście nie ma pewności czy nigdy nie wróci, ale wiemy na pewno, że jedzenie byle czego, byle jak i byle kiedy nie służy nam dzisiaj. A żyjemy właśnie dzisiaj i na tym powinniśmy się skupić.

Jestem przekonana, że podstawą każdej diety, każdej decyzji o odchudzaniu i każdej decyzji o tym, by żyć zdrowo jest zmiana nawyków żywieniowych. Nie jestem w tych kwestiach jakimś strasznym ortodoksem, ale są zasady, które na pewno sprzyjają naszym jelitom, figurze i dobremu samopoczuciu. W punktach opowiem Wam o moich dziwactwach, dzięki którym moje kichy i waga mają się dobrze 🙂

  1. Nie kupuję gotowych potraw. Po prostu nie i koniec. Wbiłam sobie do głowy, że jest to istne złooooo! Nie ma szansy bym wzięła ze sklepowej półki pudełko z gotowym obiadem, które wystarczy włożyć do mikrofali i po dwóch minutach mieć obiad. Nie kupuję mrożonej pizzy. Nie kupuję skoków w kartonach (chyba że jest to sok jabłkowy, który w składzie ma tylko sok jabłkowy i kilkudniowy okres przydatności do spożycia). Oczywiście nie jestem perfekcyjna i nie zawsze mam przygotowany obiad. Kiedy muszę ugotować coś naprawdę „na szybko” to albo robię makaron z oliwą z oliwek, czosnkiem, posiekanymi ziołami i startym parmezanem. Albo wrzucam do piekarnika na 20-30 minut kawałek ryby, a do tego podaję bagietkę i jakieś warzywo ( w wersji minimum może to być po prostu ogórek kwaszony – kiszonki są bogactwem dobrych bakterii więc jest to opcja de luxe dla naszych jelit). Jeśli jest lato i upał to robię makaron z podduszonymi na oliwce kilkoma pomidorami. Lub gotuję ziemniaki, brokuły lub kalafiora i do tego podaję kefir, rzucenie na ziemniaki jajka sadzonego czyni to danie klasyką gatunku. Te obiady robi się w 15-30 minut i są sto razy lepsze od gotowych dań w pudełkach.
  2. Nie kupuję niczego, co ma w składzie olej palmowy. Nie chodzi nawet o sam olej i o to, czy jest zdrowy czy niezdrowy. Mam wrażenie, że coraz to nowe odkrycia naukowców w tej kwestii i nagłaśnianie ich przez media w dużej mierze zależą od tego, kto zleca badania i kto wykupuje reklamy.

    Nie kupuję oleju palmowego ze względu na to, że po to, aby go produkować wycina się ogromne połacie lasu deszczowego i skazuje na cierpienie tysiące gatunków zwierząt, które giną pochłaniane przez ogień. Tak! Aby posadzić palmy, z których produkuje się olej po wycięciu drzew, wypala się ziemię. Zdjęcia poparzonych, poranionych orangutanów na zawsze zostają pod powiekami. Gdy zrozumiałam, że nie mogę wiele zrobić i całego świata nie zbawię, ale mogę być świadomym konsumentem, który nie przykłada ręki do barbarzyństwa, przestałam kupować cokolwiek, co ma w składzie olej palmowy. Jaki jest z tego największy plus? Ciasteczka, herbatniczki, batoniki, pierniczki nie goszczą w moim domu. Jelita są mi z pewnością za to wdzięczne, bo cukier to w zasadzie jedyny produkt, który można śmiało nazwać szkodliwym i prawie całkowicie wyeliminować go z diety. Cukier jest pożywką przede wszystkim dla grzybów, drożdży i pasożytów, które mieszkają w naszych jelitach. Ich bytowanie tam jest poważnym zagrożeniem dla „dobrych” bakterii. Czy w takim razie w ogóle nie jem słodyczy? Niestety nie! Moją słabością jest dobra chałwa (zrobiona z sezamu i miodu i właściwie niczego więcej) sezamki (też trzeba sprawdzać skład, czy nie ma w nich jakiejś „miny”), ciasta pieczone w domu, do których wiem, co daję i nawet jeśli jest to biały cukier to wiem, ile go wsypałam, wiem, że dodałam prawdziwe masło lub olej, a nie utwardzany tłuszcz roślinny. Lubię też od czasu do czasu kupić ciasto w dobrej cukierni (cenię Lukullusa za to, że na swoich produktach podaje skład i jest to bardzo przyzwoity skład) lub wybrać się na kawałek bezy lub sernika do kawiarni. Wiem, że to nie jest tania opcja, ale na tym też polega moje dziwactwo – wolę zjeść czegoś znacznie mniej lub rzadziej, ale wiedzieć, że jest dobrej jakości niż codziennie dogadzać sobie czymś byle jakim. Beza jako jedyny słodycz zjadany raz w tygodniu smakuje genialnie i na pewno nie jest droższa niż batoniki kupowane codziennie przez pięć, sześć dni w tygodniu.

  3. Dobre pieczywo. Nigdy nie „wzięła” mnie moda na jedzenie bezglutenowe. Zgadzam się z tymi ekspertami, którzy twierdzą, że gluten całkowicie powinni wyeliminować tylko ludzie ze zdiagnozowaną celiakią, a ograniczać ci, którzy mają zdiagnozowaną lżejszą formę nietolerancji glutenu. We wspominanej już książce „Życie wewnętrzne” autorka pisze, że zła opinia glutenu jest niezasłużona i w dużej mierze wynika z pomieszania pojęć. Mąka żytnia czy kasza jęczmienna też mają gluten, ale w większości przypadków nam nie szkodzą. Inaczej sprawa ma się z pszenicą. Zboże to po wojnie podlegało wielu modyfikacjom genetycznym, chodziło o to, by po trudnych latach II wojny światowej szybko i skutecznie nakarmić ludzi. Trzeba było więc wymyślić taką odmianę pszenicy, która będzie odporna na złe warunki atmosferyczne, pasożyty i inne choroby. Ta pszenica, która jest obecnie hodowana wydziela toksyny, które zniechęcają pasożyty do zjadania jej. Skoro toksyna szkodzi pasożytom, prawdopodobnie nie jest też obojętna dla naszych jelit. Ale też bez przesady! Nie ma co popadać w skrajności, wystarczy znów czytać skład, pytać w piekarni o to, z jakiej mąki jest pieczywo i wybierać żytnie, gryczane lub choćby żytnio-pszenne. Lepiej też jest kupować pieczywo na zakwasie, a nie na drożdżach. Ja mam swoje ulubione piekarnie, produkty i potrafię czasami przejechać pół miasta, by kupić chleb, który nie smakuje tak, jakby był zrobiony z cementu, a w składzie nie ma kilka rodzajów E. Podobnie jest z bagietkami. Uwielbiam bagietki jako dodatek do pieczonych warzyw, ryb zapiekanych pod beszamelem, zup kremów lub jako wieczorną przekąskę do serów i wina. Ale bagietka, bagietce nierówna i też warto zjeść ich mniej, rzadziej, ale takie, które są naprawdę dobre.
  4. Nabiał. To pewnie też będzie kontrowersyjny punkt, bo wiele osób deklaruje nietolerancję laktozy. Oczywiście zdarza się nietolerancja tego związku, ale najczęściej wśród żółtej rasy, biała na ogół daje sobie radę z trawieniem laktozy. Jednak dłuższa rezygnacja z mleka może skutkować tym, że zaniknie w naszym organizmie produkcja enzymu, który jest niezbędny do trawienia laktozy i wówczas faktycznie mogą się pojawić niemiłe objawy po wypiciu mleka. Kolejna sprawa jest taka, że laktoza w większości produktów z mleka takich jak kefiry, jogurty czy sery występuje z śladowych ilościach, ponieważ jest przetworzona przez bakterie, podczas fermentacji czy długiego leżakowania, w przypadku żółtych serów. Ale na pewno warto czytać skład tych wszystkich produktów – w jogurtach, kefirach, twarogach, śmietanach ten skład powinien być bardzo krótki – mleko i żywe kultury bakterii lub mleko i śmietana. Żadnych cukrów, żadnych mączek chleba świętojańskiego, żadnych E, żadnych konserwantów. Ponieważ uwielbiam nabiał, mam świra na punkcie jego kupowania. Jeśli potrzebuję czegoś białego szybko i niedrogo – kupuję maślankę, kefir lub mój ulubiony jogurt naturalny ze Strzałkowa (bardzo dobry skład mają ich produkty). Jeśli mam więcej kasy i nie muszę wypić czegoś natychmiast pod sklepem 🙂 kupuję dobre gatunkowo żółte i pleśniowe sery. W Lidlu są bardzo przyzwoite sery w dobrych cenach!

Właśnie sobie uzmysłowiłam, że całkiem sporo mam tych żywieniowych dziwactw, a przecież nie mogę Was zanudzić. Dlatego o kolejnych moich „świrach” napiszę już niedługo w kolejnej części wpisu. I na zakończenie podzielę się z Wami opowieścią o pewnym filmiku, który widziałam w internecie. Mama daje dziecku do jedzenia coś z fastfoodu – hamburgera albo frytki, a pod spodem pojawia się napis – Czy dałabyś swojemu dziecku narkotyki? No, właśnie?

Ania

6 thoughts on “Dziwactwa, które służą zdrowiu cz. 1

  1. Aniu, napisz proszę, gdzie kupujesz chleb. Ja czasami kupuje chleb w galerii wypieków a czasami w Putka, ale może rzeczywiście warto pojechać przez pół.miasta, żeby kupić najlepsze pieczywo?

    1. Duży wybór pieczywa ma piekarnia Grzybki – mają na przykład bardzo dobry chleb gryczany posypany czarnym sezamem i duży wybór chlebów z żytniej mąki. Bagietki bardzo lubię z bistro Vincent (mają bagietki na zakwasie). Pieczywo z Putki też lubię, ale zawsze dopytuję o skład. Wszystkiego dobrego życzę 🙂
      Ania

  2. Bardzo fajny post. cieszę się że go przeczytałam, nie miałam pojęcia, że produkcja oleju palmowego jest tak okrutna dla zwierząt. Co prawda nie kupuję sklepowych ciastek bo zawsze wydawały mi się niezdrowe, to teraz tym bardziej będę sprawdzać skład produktów.

  3. Super artykuł. Tylko do Vincent’a daleko☹ Ale Grzybki, szczególnie ta przy Pl.Zbawiciela, ma szeroką paletę pieczywa☺ i wszystko świeżutkie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *