Tak jak zapowiadałam dziwactw żywieniowych mam więcej, niż tylko te które opisałam wcześniej. Może przyłączycie się do niektórych z nich?

Za kilka godzin odwiedzą mnie znajomi, którzy podobnie jak ja przepadają za drobiową wątróbką. Najbardziej lubię ją podaną na sałacie, z pieczonymi jabłkami i majerankiem, polaną malinowym musem lub konfiturą. Ale dlaczego o tym piszę? Bo wątróbkę najczęściej się smaży.

  1. I to będzie moje kolejne dziwactwo – unikam smażenia. Nie wynika to nawet z tego, że uważam ten sposób przygotowywania potraw za wybitnie szkodliwy, ale z mojego lenistwa. Strasznie, ale to strasznie nie lubię mycia kuchni po smażeniu. Mam też wrażenie, że zapach oleju i smażeniny wnika we wszystko dookoła. I jako pomysłowy Dobromir, wiele lat temu wymyśliłam, że wszystko, co można upiec w piekarniku zamiast usmażyć, piekę. Tak jest też z wątróbką. Trzeba oczywiście uważać, żeby nie trzymać jej zbyt długo, bo się wysuszy i oczywiście o tym, żeby nie solić jej, gdy jest świeża. Poza tym wychodzi doskonale. Podobnie postępuję z niemal wszystkimi rybami (wyjątkiem jest polędwica z dorsza duszona na maśle, mniammmm) oraz z drobiem. W piekarniku piekę też większość warzyw oraz nieświeży chleb posmarowany masłem i przyozdobiony żółtym serem lub pokrojonym pomidorem. Uważam, że ten sposób przyrządzania potraw jest ciut zdrowszy. Nie raz czuliście się pewnie ciężko po smażonych daniach, te same produkty upieczone nabierają lekkości. Moja niechęć do smażenia dotyczy też racuszków z jabłkiem. Owszem smażę je na patelni, ale suchej, teflonowej. Trochę oleju dodaję tylko do ciasta. No cóż, przyznaję, że tłuściutkie racuchy z jabłkiem mają swój urok, ale myśl o tym, jak wygląda i pachnie kuchnia po ich przygotowaniu skutecznie mnie leczy z marzeń o dłoni ociekającej tłuszczem i oblepionej cukrem pudrem.

  2. Skoro już relacjonuję to, co przygotuję na obiad ze znajomymi, dodam, że na pewno będzie sałatka z pomidorów. Dlaczego? Bo takie jest moje kolejne dziwactwo – najbardziej lubię jeść te owoce i warzywa, na które aktualnie panuje sezon. Teraz jest czas pomidorów i trzeba je naprawdę jeść garściami, bo zaraz się skończą. Miesiąc temu żywiłam się głównie bobem i fasolką szparagową. Dwa, trzy miesiące temu szparagami. A jesienią i zimą? To czas rządzącej niepodzielnie brukselki, której nie dostaniemy wiosną i latem. To będzie też czas dyni i fasoli. Teraz doskonałe są też marchewki – prosto z ziemi, a nie przechowywane, a już na tyle duże, że czuć wyraźnie ich słodko gorzkawy smak. Dzięki temu dziwactwu staram się unikać kupowania warzyw mrożonych (choć to mi się zdarza) lub tych w słoiku czy puszcze. Mam też wielką frajdę z czekania na kolejne warzywne odsłony. Wierzę w mądrość natury i to, że nie bez powodu w określonych porach roku daje nam ona dary, które są pyszne przez niedługi czas. Z kolei na długie jesienne i zimowe dni najlepsze będą warzywa korzenne – marchewki, pietruszki, selery, buraki, ziemniaki. Jeśli macie możliwość przechowywania warzyw w zimnym, ciemnym miejscu, warto wybrać się do rolnika lub na mały lokalny targ w niewielkiej miejscowości i kupić zapas tych pysznych warzyw.

  3. Owies i ziemniaki. Wiem to brzmi dziwnie, ale to są dwa produkty, które zawsze muszę mieć w domu. Gdy nie wiem co zjeść, a chciałabym sobie dogodzić lub gdy czuję, że bierze mnie choroba, robię sobie jedną z tych dwóch potraw pocieszaczy – puree z ziemniaków lub gęstą owsiankę. Do pierwszej potrawy, poza ziemniakami potrzebuję jeszcze masła i soli – ugotowane i odparowane ziemniaki blenderuję dodając masło. Ten pyszny ziemniaczany budyń najlepiej zjada się prosto z garnka siedząc na kanapie i czytając dobrą książkę. Na samą myśl o tej chwili z garnkiem w ręku zaczynam tęsknić za jesiennymi wieczorami (no dobra, trochę przesadzam, ale puree jest pyszne). Z kolei owsianka to mój sposób na zestresowany żołądek. Niestety stres prawie zawsze obciąża nam jakiś organ – a to gardło, a to kręgosłup. Ja napięcie odczuwam w ściśniętym żołądku. Jedyną potrawą, która wtedy działa na mnie zbawiennie jest owsianka. Najpierw gotuję mleko, potem wrzucam dość dużo płatków owsianych i gotuję je tak długo, aż z pewnym oporem mogę mieszać w nich łyżką. Czasami dodaję odrobinę cukru lub syropu klonowego. Za to zawsze wsypuję bardzo dużo cynamonu, ponieważ uwielbiam tę przyprawę. Gęsta, ciepła owsianka zawsze odpręża mnie i mój żołądek. I daje energię na ładnych kilka godzin. Kiedyś przeczytałam, że w płatkach owsianych jest niemal wszystko, czego potrzebuje nasz organizm – od białka, przez minerały, po witaminy. Jest bogactwem witamin z grupy B i pewnie dlatego tak dobrze mi robi na skołatane nerwy 🙂

  4. I tu dochodzimy do kolejnego punktu – nie lubię chodzić głodna. Nie lubię, gdy głód dopada mnie gdzieś na mieście pomiędzy różnymi zadaniami. Dlatego, gdy wiem, że nie idę normalnie do pracy, gdzie zabieram ze sobą jedzenie lub mogę skorzystać ze stołówki, szykuję sobie przekąski, które zaspokoją pierwszy głód. Zimą i jesienią noszę w torebce pokrojony w kostkę żółty ser. To doskonała przekąska. Latem, gdy jest ciepło mam ze sobą migdały lub orzechy. Być może nie są to niskokaloryczne produkty, ale jestem przekonana, że są zdrowsze niż pochłonięty w biegu fastfood lub baton czekoladowy.

  5. Ostatnie moje dziwactwo dotyczy dalszych wyjazdów samochodem. Zdarza się, że na autostradzie przez dłuższy czas nie ma żadnych fajnych miejsc z jedzeniem, są tylko stacje benzynowe i fastfoody. Mam na to sprawdzony sposób, by zjeść coś, co nie jest nafaszerowane samą chemią. Otóż na stacjach benzynowych zawsze można kupić sok pomidorowy. Taki gęsty sok naprawdę na jakiś czas potrafi oszukać głód (jest szansa, że w tym czasie znajdziemy lokal z jakimś smacznym i zdrowym jedzeniem). Jeśli głód nęka nas ogromy, warto poszukać paluszków chlebowych lub orzechów – na ogół na stacjach któryś z tych produktów zawsze udaje mi się znaleźć.

Jeśli macie jakieś swoje dziwactwa, które według Was służą zdrowiu, podzielcie się nimi w komentarzach. W końcu każdy człowiek to inny dziwak 🙂

Ania

3 thoughts on “Dziwactwa, które służą zdrowiu cz.2

  1. Wątróbka!!!!potrafię ją jeść z pieczywem, z miski paluchami, w ziołowym sosiku, w panierce.Ja kocham wątróbkę. Gdy planuję kupić wątróbkę, to idę do sklepu dwa razy. Po wątróbkę (z reguły 3 kg)”zamotaną”w 10 worków – dla bezpieczenstwa:-), potem wracam po resztę. Po pieczołowitym „obrabianiu” wątróbki wygladam jak transplantolog 🙂
    Mam ogromną prośbę…..czy byłaby możliwość o przepis na Pani wątróbkę z malinowym musem?

    1. Pani Dominiko, oczywiście, to nic skomplikowanego. Tak, jak pisałam wkładam oczyszczoną, polaną odrobiną oliwy i posypaną majerankiem wątróbkę do piekarnika na ok. 30 min. (trzeba sprawdzać widelcem, czy nie jest surowa, ja używam też zawsze wątróbki drobiowej). W sezonie gdy są maliny blenderuję ok. pół opakowania malin, dodaję odrobinę cukru, bo lubię przełamywać smak wątróbki słodyczą. Upieczoną wątróbkę układam na poszarpanej sałacie (ja najbardziej lubie rzymską) solę, mielę na nią pieprz i polewam cienkimi pasmami musu z malin. Zimą korzystam z konfitury malinowej, którą robi moja mama (ma raczej płynną a nie stałą konsystencję). A jeśli na horyzoncie zabraknie malin świeżych i tych w słoiczku, nute słodyczy do watróbki czerpię z sosu balsamicznego. Próbowałam tez wersji z prażonymi z cukrem jabłkami. Też jest dobra, ale moim zdaniem wtedy nie za bardzo pasuje do niej sałata. Lepiej wypada sama ątróbka z musem jabłkowym i bagietką. Mniam…. chyba też pójdę do sklepu… 🙂 Miłego dnia

      1. Pani Aniu:-)serdecznie dziekuję za przepis:-)zabieram się do gotowania…a walizki dalej czekają na zainteresowanie;-)miłej soboty!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *